środa, 9 listopada 2011

Za-mądre dzieci

Mamy za sobą pierwsze odwiedziny koleżanek Starszej w naszym domu.
Spontanicznie, wesoło, bez wielkiego sprzątania. Egzamin zdany - można powtórzyć.
Tymbardziej, że dziewczynki padły jak betki i po raz pierwszy przespałam całą noc w małżeńskim łożu.

Ja z belgijką herbatkowałyśmy, do mojego cynamonowego murzynka.
Pierwsze takie moje tutaj herbatkowanie.
Miło, fajnie tak, trzeba powtórzyć.

Nagle do salonu wpada jedna z koleżanek. Wygadana.
Rodzice Wygadanej mają ok. pięćdziesiątki.
Tata jest dyrektorem tutejszego teatru, a mama panią doktor czegośtam. Poważni ludzie zatem.
- A wiecie, ja się wyprowadzam do Grecji, bo tam wszystko mało kosztuje, bo jest bieda. Ale musimy poczekać, aż babcia umrze, bo tam nie ma wind, a babcia nie umie chodzić po schodach...

Mnie łzy stanęły w oczach. Belgijka zaniemówiła.
I pomyślałam sobie wtedy o Starszej, o jej stosunku do w sumie młodych jeszcze dziadków, młodych na warunki włoskie. O tym, jak wiele miejsca w jej malutkim życiu zajmuje rozmowa z nimi, opowiadanie o nich, o tym, jak często mówi mi, że za nimi tęskni, że kocha, o tym, jak często coś dla nich rysuje...
Piękne to.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz