środa, 2 listopada 2011

Strach przed milczeniem

Piccoli progressi czyli małe postępy.
Tak, robimy małe postępy.
Ostatni długi weekend spędziliśmy u teściów, na południu Włoch.
Po raz pierwszy od ponad dwóch lat czyli od początków drugiej ciąży udało nam się wyjść i to aż trzykrotnie w wersji "ja i mąż".
Młodsza po raz pierwszy spędziła wieczór, ba! trzy wieczory beze mnie.
Wychodzimy, jest cicho, nie muszę sprawdzać czy śmierdzi kupa, nie muszę zaciągać czapki na uszy, nie muszę uważać na krawężnik, nie muszę podnosić smoczka i szukać czegoś nagłego do przegryzienia. Jest dziwnie.
Nie rozmawiamy. Nie mamy o czym. Ostatnie kilka lat to głównie wydawanie komend.
Podaj! Przynieś! Przesuń! Daj!
I zaczynam się bać tej ciszy.
Czy naprawdę nie mamy sobie już nic do powiedzenia poza technicznymi rodzicielskimi zwrotami. Czy jesteśmy aż tak zmęczeni codziennością, że chwile ciszy spędzamy tylko na jej celebrowaniu.
Zaczynam się bać.
Zaczyna wracać licealna obawa. Jestem pusta?
Nie mam tematów do rozmowy?
Nie jestem interesująca?
Pamiętam jak w liceum i na studiach każdy wieczór miał totalnie inny koloryt.
Jak faszerowałam się filmami Greenawaya i Jarmuscha w studyjnym kinie w samym centrum miasta, w lekko przycienionej uliczce.
Pamiętam koncerty, po koncertach spacery.
Pamiętam kino pod gołym niebem.
Pamiętam, że podróże planowałam tylko na tydzień lub dwa przed.
Czas nie istniał.
Nie istniały obowiązki.
W Mediolanie wsiadałam do przypadkowego tramwaju lub metra.
W Sienie lubiłam wsiadać do małego autobusu i wysiadać dopiero na końcowym przystanku.
W Dublinie szwędałam się całymi dniami bez jakiegoś większego celu.
W Barcelonie podobnie.
Wiele było w tym wszystkim przypadku.
Byłam ciekawa świata.
Taką właśnie poznał mnie mój mąż...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz