niedziela, 13 listopada 2011

Niedzielne zawieszenie broni

Od czwartku do wczorajszego wieczora trwała nasza mała wojna polsko-włoska.
Jak zwykle poszło o nic.
O małe spóźnienie.
O takie zaplanowanie sobie popołudnia, że po raz kolejny zostałam gdzieś w terenie z wózkiem i dwójką dzieci, o chłodzie i głodzie.

Dwa dni milczenia i wybuch. Standardowo.
Potem, jakby na załagodzenie sytuacji ja upiekłam ponownie murzynka, a mąż zrobił zupę z dyni i upiekł kasztany.
Wszystko odbyło się przy oklaskach i okrzykach włoskiej młodzieży, radującej się w Rzymie z nieuniknionego odejścia Cavaliere.

Nie lubię takiego milczenia.
Nie lubię takich wojen.
Zawieszam broń.
Dziś rano uśmiecham się zatem do kompletnie zabrudzonej wczorajszym gotowaniem kuchni.
Do wszędobylskich okruchów. Do karalucha, który wyszedł spod nocnika Młodszej.
Do usyfionego po łokieć zupą z dyni rękawa piżamy dziecka.
Do rozwieszonych nocą po męsku naszych majtek, które miały poczekać spokojnie do rana w pralce, a tymczasem sterczą na suszarce w nie do końca określonych kształtach.
Dziś będzie miło.
Damy radę.

4 komentarze:

  1. Zajrzałam , przeczytałam wstecz-do końca-czyli początku....i już tu zostanę:))) !mam nadzieję, ze wojna włosko-polska zakończyła się zawarciem pokoju lub w najgorszym wypadku podpisaniem paktu o nieagresji?:)))

    OdpowiedzUsuń
  2. i przede wszystkim, że obejdzie się bez dymisji :)! Basiu, miłej niedzieli!

    OdpowiedzUsuń
  3. wojen polsko-włoskich nie przerabiam, ale świętuję odejście Cavaliere, solidaryzując się z tymi, którzy na Wiecznie Opalonego patrzeć już nie mogli.

    OdpowiedzUsuń
  4. a ja mam takie wrażenie, że on coś knuje, że jeszcze da o sobie znać... to zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe...

    OdpowiedzUsuń