wtorek, 15 listopada 2011

Cappotto czyli mam nową kapotę

Jesteśmy jednak, my kobiety, dość proste w użyciu.
Tyle wywodów, że się poprawię, że obiecuję, że będzie lepiej.
A tu wczoraj... miła, wesoła, niekrzycząca. A wszystko za sprawą nowej kapoty.
-----
Samotny mój shoppingowy wyskok.
Generalnie ciuchy noszę do zdarcia i najlepiej podkradane mojej modnej mamie.
Trochę ostatnio jednak ewoluuję, bo mamy daleko, a włoska ulica wyostrza mi smak modowy.
Jadę sobie zatem naszym nowym czerwonym włoskim autkiem.
Szczęśliwa, że mam chwilę tylko dla siebie. Że muzyka może być na full.
Parkuję, jak zawsze na samym końcu parkingu, w miejscu, gdzie mógłby zaparkować nawet kombajn do koszenia zboża.
I frunę w stronę kapot.
I mierzę, i kucam, i siadam, przysiadam, zmieniam sklep, wracam, bo w innym taniej, ale kołnierze jakieś wygięte, pomięte i z bliska widać mnóstwo wystających nitek.
Wracam. Ochroniarz sklepu ma mnie chyba za kleptomankę. Uśmiecham się więc szeroko i uprzejmie mówię po raz trzeci chyba 'buonasera'.
Biorę, to nic, że eska, emki nie ma, pasuje to biorę. W myślach już wirują mi bezmączne kolacje, żeby broń boże tej jesieni nie przytyć w ramionach.
Dzwonię jeszcze do męża, po radę.
On, że mam wziąść to, co mi się bardziej podoba, nie patrzeć na cenę.
Bo 'chi sparagna spende' czyli chytry płaci podwójnie.
A we mnie aż wrze. Przecież tyle to ja wydaję na 2 tygodniowe zakupy, i to zdrowe zakupy, dla mojej 4-osobowej rodziny.
Z drugiej jednak strony robi sie coraz zimniej, a grunt to przecież zdrowa mama.
Zdrowa i szczęśliwa mama.
Niech to, biorę.
Dziś idę na miasto.
Będę przeglądać się w każdej możliwej witrynie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz