czwartek, 6 października 2011

Maestra di dzapiekanki

... nazwał mnie Mąż podczas wczorajszej kolacji.

Miała być "panzanella", biedna toskańska sałatka na bazie suchego moczonego chleba, cebuli, pomidorów. Suchego chleba miałam jednak dość sporo i wyszło jak wyszło.
Nie pomógł ani olej, ani sól - kompletnie bez smaku.
W akcie desperacji dodałam trochę tuńczyka i starłam ser owczy "pecorino romano".
Zasadę "smażona dobra jest nawet podeszwa" zmieniłam na "pieczone dobre jest prawie wszystko" i stało się. Mąż był zachwycony. W dodatku absolutnie nie był w stanie zrozumieć z czego powstało to rewelacyjnie chrupiące na zawnątrz i papkowate, lekko gumiaste w środku.
Wpisuję na listę "zjadliwe".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz