czwartek, 6 października 2011

Elio

Przypomniał mi się wczoraj mój mediolański uczeń, a właściwie pewna historia z nim związana.
Wtedy, gdy to się wydarzyło miałam bodajże lat 22.
Studiowałam w Mediolanie.
Już wtedy marzyłam o założeniu rodziny, ale oczywiście nie było to ani miejsce, ani czas, więc pędziło się od uczelni do pracy jednej i drugiej i tak w kółko.
Elio mieszkał w pięknej mediolańskiej kamienicy, w pięknym mediolańskim "appartamento".
Marzeniem mamy Elio było, aby chłopczyk grał na pianinie.
Marzenie to było o tyle trudne do zrealizowania, że pomimo tego, że pianino w domu Elio stało od dawna, nie za bardzo wiedział do czego ono właściwie służy.
Skakał po nim, uderzał pięścią, rysował, pluł. Zaznaczam, że miał wtedy lat około pięć - czyli tyle ile moja Starsza córka.
Nauka rozpoczęła się w październiku.
Kontakty z mamą ograniczone były do otwierania mi drzwi wejściowych, doprowadzania do pokoju i płacenia za zajęcia. Pomimo tego zawsze była bardzo miła, czasem nawet zadawała jakieś pytanie.
W styczniu, po dłuższej przerwie świątecznej wróciliśmy do nauki.
Tamtego dnia mama Elio otworzyła drzwi w milczeniu. Do dziś pamiętam jej szaroburą twarz i podkrążone oczy. Bez słów odprowadziła mnie do pokoju, gdzie jak zwykle buszował radośnie Elio.
Pod koniec lekcji przy okazji opowiadania mi o pierdzeniu, bekaniu i innych interesujących go zjawiskach powiedział mi: "A wiesz co się stało jeszcze w Święta? Zmarł mój tata."

Czasem zastanawia mnie, co siedzi w głowie takiego 5-latka.
Czy moja Starsza będzie pamiętać w ogóle ten cały zamęt, który się nam teraz przydarza?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz