czwartek, 27 października 2011

Ekonomia ruchu

Moja ukochana Pani Profesor z fortepianu zawsze powtarzała mi na lekcjach to, jak ważna jest u pianisty ekonomia ruchu czyli piękny dźwięk bez zbędnego ruszania łokciami czy ramionami, o głowie nie wspominając.
Od tamtych czasów minęło ponad dziesięć lat.
Moja ukochana Pani Profesor jest nadal moją ukochaną Panią Profesor.
Spotykamy się często. Kiedy tylko możemy.
Ostatnimi czasy jednak, zamiast o ekonomii ruchu na klawiaturze rozmawiamy o ekonomii ruchu w wersji domowej i tak przy jednej z ostatnich wizyt zostałam poinstruowana jak i dlaczego unikać "pustych kursów".
Kursuję zatem między kuchnią a salonem, zawsze z pełnymi rękami, zbieram kubki z niedopitym mlekiem, półbrudnawe serwetki, okruszki z porannego śniadania, wczorajsze skarpetki.
Pani Profesor, a miała być Pani od tego roku na emeryturze!

środa, 26 października 2011

Sama

Dzisiaj jest dzień,w którym czuję się koszmarnie sama.
Bez rodziców, bez teściów, bez koleżanek, i koleżanek tych koleżanek, bez znajomych i bez bliższej, dalszej i tej przyszywanej cioci.
Fatalnie mi z tym.
Wysilam się, żeby się ubrać, umalować i wyjść z Młodszą po Starszą do przedszkola.
Po przedszkolu idziemy do bawialni.
A gdzie w tym wszystkim, pytam się, bawialnia dla mnie?

Domek z płotkiem

Deszcz. Siedzimy w domu. Młodsza ogląda Misia Uszatka.
Porządkuję rysunki Starszej, zakładam segregator, wpinam, przeglądam.
Przeważa motyw rodziny w komplecie i domku z płotkiem.
Puszczam sobie Soplicowo i ryczę.
Bo wczoraj podpisaliśmy kolejną życiową umowę "o dom", a ja już wiem, że zawsze serce będzie mi pękać na pół z tęsknoty za...

wtorek, 25 października 2011

Donna delle pulizie czyli czyścimy lodówkę

Kolacja barokowa.

Z wczorajszego rosołu zrobionego na nóżce z grzebiącego kurczaka zrobiłam zupę cebulową. Grzanki z razowego chleba upieczonego przez męża niedzielną porą.
Swoją drogą dzisiaj pomyślałam sobie, skoro tak oboje przepadamy za zupą cebulową to czy nie powinnam zainwestować w dobrej jakości okulary do nurkowania. Po drugiej cebuli nadaję się do kompletnego demakijażu.

Gateau di patate czyli lodówkowy odkurzacz, oczywiście ziemniaki z rosołu.

Rustico con le bietole - przywiezione z Puglii, prosto od teściowej, czyli chleb nadziewany boćwiną duszoną z pomidorami.

Z resztek ciasta dla dziewczynek kilka małych pizzette typu margherita oraz podgrzane kawałki wczorajszego kurczaka z pokrojoną na plasterki marchewką, zapieczoną, posypaną bułką tartą. Marchewka też z wczorajszego rosołu oczywiście.

Mąż znokautowany.
Aż z wrażenia i uznania powiedział przed wyjściem na judo (po raptem 10 godzinnej nieobecności), żebym zostawiła wszystko na stole, a on zajmie się tym jak wróci.

taaaa..... a karaluchy tylko czekają...

Dylematy

Po dzisiejszym wieczorze zastanawiam się, czy szrama na dupie dziecka uchroni go przed przyszłymi batami od życia.

Ławka z maciejką

Marzę o drewnianym domku z ławką przy drodze i maciejką pachnącą wieczorem...

Społeczne skrzywienie

Dziś rano. Centrum. Wypełniam jakieś druki. Podaję dane.
Pada pytanie: Czym się Pani zajmuje?
Jakże ciężko przechodzi mnie, dumnej, spełnionej do jeszcze niedawna zawodowo-rodzinne Polce przez gardło włoskie "casalinga" czyli po prostu kura domowa. Przebieram oczami, szybki rachunek sumienia, myślę "przecież mam jeszcze jakieś namiastki tłumaczeń między zmianą pampersa, myciem podłogi, cedzeniem makaronu i zabijaniem karaluchów".
Odpowiadam "libera professionista".
Tak, tak lepiej, wolny zawód. A jaki, to już moja babska sprawa...

poniedziałek, 24 października 2011

Hania

W liceum była pewna dziewczyna.
Dziwna. Ekscentryczna. Z gatunku zakręconych.
Mnie nie lubiła.
Ja ją podziwiałam. Miała piękny głos. Była absolutną amatorką, typowym naturszczykiem, obdarowanym po prostu w linii prostej przez Boga.
Pomiędzy nami stanął, jak to zwykle bywa, facet.
A szkoda.
Raz lub dwa wystąpiłyśmy gdzieś razem. Między innymi właśnie z tą piosenką.
I na tym koniec.
A szkoda.
Dziś, po ponad dziesięciu latach nie mamy absolutnie ze sobą kontaktu.
A szkoda.
Ona jest matką, ja jestem matką.
Nasze starsze dziewczynki urodziły się prawie w tym samym dniu.

A głos miała taki... Mireille Mathieu - My life

Medytuję

Siadam. Zamykam oczy.
Myślę. Nie, nie, już nie myślę.
Płynę...
Na powolne długie wieczory.
Miłego słuchania.
II część koncertu Ravela w wykonaniu pianisty Arturo Benedetti Michelangeli.

Muzyczny portet, czyli emocje na zawołanie

Jeśli kiedykolwiek zdarza mi się przeklinać na swój los lub zapominać, jakim skarbem jest życie, samo w sobie... słucham Yasmin Levy - Gracias a la vida. Płacze mi się przy tym całymi litrami.

Gdy chcę zobaczyć zimę w moim rodzinnym mieście, poczuć płatki śniegu na policzkach, poczuć pod nogami błoto, to nawet w sierpniu działa Tak jak śnieg - Badach, Stankiewicz i Szcześniak

A wieś? Moja kochana polska wieś, z lasem na horyzoncie, z rolnikiem, który zawsze skina głowę przejażdżając koło płotu, z rosą o poranku i przed wieczorem, z polem i zoraną ziemią - Turnau i Sojka w Soplicowe

Lekcje śpiewu i pianina, popisy moich uczniów, moi mali bohaterowie, ich występy... Oleta Adams - Get Here

Gdy chcę przypomnieć sobie naszą historię miłosną, nasze początki w najpiękniejszym mieście Toskanii, zawsze, nieodwołalnie Alex Baroni i piękne Cambiare.

To powiem tylko na ucho, szeptem...tak, żeby nikt nie słyszał... Ennio Morricone - Deborah's Theme

i Morricone po raz drugi, tu się docieramy, żeby niebawem wystartować w długą wspólną piękną życiową podróż.... Gabriel's Oboe

a to, gdy chcę się tak po prostu banalnie po babsku poprzytulać ... Button Huckers i Między nami

cartoleria

Jestem z pewnością typem karteczkowym, notesikowym, notatkowym, typem spisującym...
W sklepie z artykułami biurowymi to ja pierwsza kupiłabym kredki, ołówki, pióra, notesy.
Mam takie wspomnienie z liceum.
Centrum miasta. Jedna z głównych ulic.
W podcieniach cuchnącej bramy mała hurtownia artykułów biurowych.
W środku wysokie, sięgające aż po sufit regały.
To było moje małe królestwo...

Kolory miałam też w nutach.
Pamiętam etiudy Chopina całkowicie pokolorowane.
Piękne czasy.

Kolorów chcę! Kolorów!

la TiWu

Jestem z tych, którzy nie mają telewizora.
Wolę radio i słuchowiska.
Dziewczynkom wyszukuję do słuchania "Plastusiowy Pamiętnik" i inne, które przeżyły z rozmachem wiele śmieciowych chałtur i innych wyrobów dzieciowych.

Koncert marzeń

Chciałabym pójść z dziewczynkami na koncert, gdzie swoimi dziełami dyryguje sam Ennio Morricone...

Kradzież mienia

Mam swój "zawór bezpieczeństwa" - przetestowany, sprawdzony, działa.
Ubieram palto, na głowę chabrowa wydziergana czapka i sunę rowerem w stronę słońa, dosłownie. O zachodzie słońce jest w pobliżu castello sforzesco.
Zgodnie z ostatnimi ustaleniami z mężem biorę Starszą, żeby z nią pobyć trochę sam na sam, żeby Młodsza nauczyła się funckjonować beze mnie. Jedziemy za miasto.
Dobrze, że to miasto takie niewielkie. Że centrum graniczy niemalże ze wsią.
A tam kolory i zapachy. Nadgniłych jabłek i przeoranej ziemi.
Przy drodze głównej, blisko ogrodzenia rośnie orzech włoski. Zatrzymujemy się pośpiesznie. Wpatrzona w trawę szukam czarnych kulek. Jest, mamy! Mamy dwa orzechy włoskie, nie straganowe, a podniesione z ziemi, wypatrzone!
Pędzimy więc radośnie do domu rozbić je młotkiem. Starsza po zjedzeniu pyta: Mamuś. a jak smakują orzechy polskie?".

niedziela, 23 października 2011

Sobota w wersji slow

Już dawno wiedziałam, że jesteśmy rodziną typu "slow life" i "slow food".
Słowa typu "pospiesz się", "szybciej", "co się tak wleczesz" powodują u męża absolutną furię. Odpuściłam sobie więc już kilka dobrych wspólnych lat temu.
Kolejne slow, którego muszę się nauczyć to "slow sobota".
Nici moja droga ze sprzątania, ogarniania całotygodniowych zaległości, absolutnie zapomnij o planowaniu wczesnoporannej wycieczki lub sobotnich porannych wspólnych zakupów - próbowałam - nie wychodzi. Sobota u nas to piżama do dwunastej, niepościelane łóżka, ogólny rozp....ol sytuacyjny. Niech i tak będzie. Jak zwykle - dostosuję się Panie władzo!

Dreszcz emocji...

Odkryłam przez przypadek, że ktoś polubił mój blog.
Ależ przyjemny dreszcz i prawdziwy rumieniec na twarzy...

Chwila ciszy przymusowej...

A jednak jest tam ktoś u góry, kto tym wszystkim steruje.
Przez ostatniotygodniową delikatną formę depresji jesienno-matczynej przybył jeden kilogram. Zaczęło się zrzędzenie, wieczorne wybuchy frustracji i inne z serii "wylejmy żale na biedne dziecko". I buch - odezwała się czwarta ósemka. Ból zęba, ból całej szczęki, ból głowy i ból chyba węzła chłonnego doszczętnie mnie znokautował.
Jestem potulną milczącą niejedzącą owieczką...

Zatrzymał się czas...

Nie umiem pogodzić macierzyństwa z beztroskim funckjonowaniem.
Odpowiedzialność za zdrowie i życie dziewczynek powaliła mnie z nóg.
Artystyczna dusza zamieniła się w pragmatyczną gospodynię domową.
Szczerze przyznam, nie najlepiej mi z tym.
Staram się ile wlezie, ale nadmiar matczynych obowiązków deklasuje kompletnie ulotne marzenia, zachcianki i wszelkie "chętnie zrobiłabym...".
Czy to minie?

poniedziałek, 17 października 2011

5 minut na youtube

Od kilku dni Młodsza ogląda bajki.
Już potrafi wytrzymać nawet 5 minut, czyli tyle ile trwa mniej więcej jeden odcinek Świnki Peppy, którą aktualnie ją faszeruję.
Ja natomiast sprawdzam, co można w ciągu takich cennych pięciu minut zrobić.
Można na przykład przerobić na szydełku niedługi rządek oczek.
Można całkiem spokojnie skorzystać z toalety, bez wprowadzania spacerówki do łazienki.
Można wstawić kawę, picie przy kolejnym odcinku.
Można... coś można, a to już coś!

Świnka Peppa

Yes, mummy.
Mummy, please.

Od kilku dni puszczam sobie na miły początek dnia.
Taki różowy skrawek bajkowego angielskiego, sielskiego rodzinnego życia.
Dziewczyny, uczcie się!

Październikowe słońce

Takie uwielbiam najbardziej.
Do niego wystawiam twarz, bez uciekania do byle cienia.
Takie słońce, które ogrzewa długie jesienne dżinsy i ciepły jesienny sweter.
Za takim słońcem biegam po całym mieście.
Ono wyznacza kierunek mojego porannego spaceru i wieczornej przejażdki rowerem.

Mop

Kto by pomyślał, że jednym z najbardziej wyczekiwanych zakupów tego miesiąca będzie... zwykły mop.
Mop stał się ostatnio moim wielkim marzeniem. Po miesiącach codziennego przecierania ciemnego parkietu w salonie w wersji "na kolanach" małą szmatką, zakup mopa urósł do rangi przedmiotów z kategorii "must have".
Ale kupno mopa nie jest takie proste.
Nie kupię go przecież w osiedlowym markecie, bo po pierwsze 4 razy droższy, a po drugie dziecko, wózek, mop raczej mało wykonalne.
Zakup mopa natomiast podczas wypraw do podmiejskiego hipermarketu nie za bardzo realny, bo tego rodzaju wypady praktykujemy w wersji "full" czyli Starsza i Młodsza w wózku zakupowym, jedno z nas w roli spychacza, drugie w roli guardiana, który podnosi wszystkie wylatujące z wózka zakupy. Mop raczej by się tam nie zmieścił.
W tę sobotę nastąpił jednak przełom.
Mąż został sam z dziewczynami, a ja pojechałam sama na zakupy.
Mop kupiony. Misja spełniona. Jestem szczęśliwa.

piątek, 14 października 2011

Miłość

Kocham Cię kruszynko tak bardzo, że ostatnio przy porannym uścisku tak zacisnęłam z tej miłości zęby, że odprysnął mi kawałek lakieru na szkliwie.
W tej chwili jednak potrzebuję dosłownie 20 minut na drzemkę, żeby odespać Twoje dzisiejsze nagłe nocne nie-wiedzieć-dlaczego przebudzenie.
Kocham Cię, ale błagam o chwilę tylko dla mnie...

Dobrze ujęte

- Mamuś, a wierz, że tam gdzie dzisiaj dostałam koszulkę z lekkoatletyki były też koszulki dla dużych dzieci, takich młodych.

- To może ja też dostanę?

- Nie, one były dla młodych.

- A ja to jaka jestem?

- Ministara.

czwartek, 13 października 2011

Stół i sport

Dwie najważniejsze aktualnie rzeczy w naszym nowym włoskim życiu.
Jedzenie i ruch.
Zakupy i spacery.
Kuchnia i rower.
Dziś dla odmiany "i finocchi con la besciamella".
Sos beszamelowy to zdecydowanie mój słaby punkt.
Odzwierciedla mój odwieczny i notoryczny brak cierpliwości.
Mąka prawie zawsze tworzy grudki.

środa, 12 października 2011

Czekam...

Czekam, nadal czekam.
Dziewczyny jak nigdy bawią się same w pokoju. Bez zbędnej interwencji.
W eterze radio, na jazzowo.
Na stole olej, ocet, rozmaryn i świeczka.
W kuchni parzę earl grey.
Choć wiem, że nigdy nie będzie tak samo dobra jak u Pani Profesor...

Crema di patate

Mąż się spóźnia.
Dziś kolacja będzie o czasie.
W kuchni jakby grzybowy zapach kremu ziemniaczanego.
Do tego malutkie grzanki z rozmarynem i solą.
Czekam na werdykt.

Lekcja muzyki

Dzisiejsza pierwsza poważna lekcja muzyki Starszej uruchomiła flesze z przeszłości.
Tak, chcę być wreszcie tą mamą wyczekującą na korytarzu.
Tak, chcę przystawiać ucho do drzwi i wsłuchiwać się w pokraczne narazie dźwięki wiolonczeli.
Tak jak kiedyś wytrwale czynili to moi rodzice!

Mam czas

Mam czas na wszystko.
Na świeże owoce kupowane na bazarze z dala od domu.
Na codziennie świeżą zupę.
Na przejażdżkę rowerem wzdłuż rzeki.
Na spacer, na zrobienie kanapek, na drzemkę.
Na posłuchanie muzyki.
Mam czas.
Jestem szczęśliwa.

wtorek, 11 października 2011

Zuppa cipollowa

Udała się. Przeudała.
Pyszna.
Mąż, gdy tylko wszedł do domu i poczuł zapach przesunął świętą godzinę kolacji z dwudziestej na osiemnastą...

poniedziałek, 10 października 2011

Babskie poświęcenie

Starsza zakochana po uszy w przedszkolnym Diego.
Sobotnia przejażdżka rowerem, tylko z nią.
Bo ostatnio jest dla mnie głównie bokserskim workiem krzyczeniowo-upomnieniowym.
Młodsza i tak przecież nic nie rozumie, więc obrywa Starsza.
Więc postanowiłam tylko z nią, na rowerze, trochę po mieście, trochę poza.
Nagle z pełną powagą mówi: "Wiesz, jak będę duża i będę jeździć z Diego na rowerze, to oddam mu to siodełko z tyłu, żeby mu było wygodnie. Ja mogę jechać na ramie."

Jemy

Miał być zwykły rosół.
Wyszedł rosół, zupa cebulowa dla męża oraz gateau ziemniaczano-marchewkowe z serem pecorino i rozmarynem.
Kuchenna inauguracja jesieni!

piątek, 7 października 2011

Cieńkie plasterki

Starsza wybywa do przedszkola.
Młodsza pogodna, spaniowo-jedzoniowo dość podręcznikowa.
Sporo mam więc momentów absolutnej ciszy, idealnych na przemyślenia.
Często ostatnio dopadają mnie flesze z przeszłości.
Tak na przykład kanapka z cieńkimi plasterkami pomidora zawsze przywołuje wspomnienie przedszkola, blaszane muchomory na podwórku, górka do zjeżdżania zimą na sankach.
Takie, właśnie takie były te kanapki, wszystko cieniutkie, cieńka kromka chleba, cieńka warstwa masła i cieńki plasterek pomidora...

czwartek, 6 października 2011

Elio

Przypomniał mi się wczoraj mój mediolański uczeń, a właściwie pewna historia z nim związana.
Wtedy, gdy to się wydarzyło miałam bodajże lat 22.
Studiowałam w Mediolanie.
Już wtedy marzyłam o założeniu rodziny, ale oczywiście nie było to ani miejsce, ani czas, więc pędziło się od uczelni do pracy jednej i drugiej i tak w kółko.
Elio mieszkał w pięknej mediolańskiej kamienicy, w pięknym mediolańskim "appartamento".
Marzeniem mamy Elio było, aby chłopczyk grał na pianinie.
Marzenie to było o tyle trudne do zrealizowania, że pomimo tego, że pianino w domu Elio stało od dawna, nie za bardzo wiedział do czego ono właściwie służy.
Skakał po nim, uderzał pięścią, rysował, pluł. Zaznaczam, że miał wtedy lat około pięć - czyli tyle ile moja Starsza córka.
Nauka rozpoczęła się w październiku.
Kontakty z mamą ograniczone były do otwierania mi drzwi wejściowych, doprowadzania do pokoju i płacenia za zajęcia. Pomimo tego zawsze była bardzo miła, czasem nawet zadawała jakieś pytanie.
W styczniu, po dłuższej przerwie świątecznej wróciliśmy do nauki.
Tamtego dnia mama Elio otworzyła drzwi w milczeniu. Do dziś pamiętam jej szaroburą twarz i podkrążone oczy. Bez słów odprowadziła mnie do pokoju, gdzie jak zwykle buszował radośnie Elio.
Pod koniec lekcji przy okazji opowiadania mi o pierdzeniu, bekaniu i innych interesujących go zjawiskach powiedział mi: "A wiesz co się stało jeszcze w Święta? Zmarł mój tata."

Czasem zastanawia mnie, co siedzi w głowie takiego 5-latka.
Czy moja Starsza będzie pamiętać w ogóle ten cały zamęt, który się nam teraz przydarza?

Cały ten kramarz

Codziennie wspólna kolacja, koniecznie z przynajmniej jednym ciepłym posiłkiem.
Sprzątanie pokoju, mycie rączek.
Na stole codziennie ten sam kramarz - woda, olej, ocet balsamiczny, papierowe serwetki.
Codziennie obrus.
A przecież możnaby tak po naszemu chapnąć szybko zimną parówkę jedyneczkę z lodówki, przegryźć bułą z masłem i kolacja gotowa...

Scarafoggiani

Od wczorajszego wieczoru mamy najazd karaluchów.
Zostały prawdopodobnie czymś spryskane i jak oszalałe uciekają po fasadzie budynku do mieszkań.
Wczoraj po raz pierwszy karaluch wlazł czyt. uciekł mi po prostu na nogę.
Jestem tym absolutnie sparaliżowana.
Siedzę dziś cały dzień w domu.
Mam pozamykane okna.
Na obydwu balkonach i wszystkich parapetach widzę je leżące na plecach i wymachujące nogami.
Czekam na męża z odsieczą!

Pinolata

Odkrycie tygodnia czyli lody o smaku "pinolata" z całymi orzeszkami piniowymi.
Polecam!

Maestra di dzapiekanki

... nazwał mnie Mąż podczas wczorajszej kolacji.

Miała być "panzanella", biedna toskańska sałatka na bazie suchego moczonego chleba, cebuli, pomidorów. Suchego chleba miałam jednak dość sporo i wyszło jak wyszło.
Nie pomógł ani olej, ani sól - kompletnie bez smaku.
W akcie desperacji dodałam trochę tuńczyka i starłam ser owczy "pecorino romano".
Zasadę "smażona dobra jest nawet podeszwa" zmieniłam na "pieczone dobre jest prawie wszystko" i stało się. Mąż był zachwycony. W dodatku absolutnie nie był w stanie zrozumieć z czego powstało to rewelacyjnie chrupiące na zawnątrz i papkowate, lekko gumiaste w środku.
Wpisuję na listę "zjadliwe".

wtorek, 4 października 2011

Czarne skarpetki

Wszystko zniosę ze względną pokorą.
I ugotuję coś z niczego.
I uprasuję codziennie rano koszulę do pracy.
I posprzątam, setny raz to samo w to samo popołudnie.
Ale nie toleruję, po prostu głęboko nie toleruję segregowania męskich skarpetek - wszystkich, zaznaczam wszystkich, w kolorze czarnym...

Milczenie na wagę złota

W kwestii domu oficjalnie nabieram wody w usta.
Milczę. Przed nami kilka tygodni czekania.

Poczucie bezpieczeństwa

Mąż dzisiaj mnie zaskoczył.
Nie poszedł do pracy.
Okazało się, że w dniu Św. Petroniusza - patrona miasta, biura są zamknięte!
Podobno ostatni taki rok, od przyszłego nie będzie już tak miło.
Wykorzystaliśmy ten dzień na porządne zakupy w wersji 2+1, czyli bez Starszej, która z grupą przedszkolaków zrywała w tym czasie dzielnie winogrona na niedalekiej wsi.
Mamy chyba jednak coś zwierzęcego w sobie. Za każdym razem, gdy sowicie wypełniam spiżarkę i kuchenne półki, mam takie błogie poczucie bezpieczeństwa, że wyżywię rodzinę, że nie grozi nam głód, tak jak gdyby zrobione zakupy starczyć miały co najmniej na rok. Lubię to uczucie.

poniedziałek, 3 października 2011

Kolacja była udana...

Kolacja się udała.
Mieszkania też zrobiły na nas bardzo dobre wrażenie.
Z kilku propozycji obydwoje z mężem postawiliśmy na to samo rozwiązanie - to dobry znak.
Jutro dzwonimy i rezerwujemy.
Oby do jutra.

ZUS gate

Amen!
Właśnie zapłaciłam zusowi frycowe za prehistoryczne błędy mojego byłego księgowego!
Dwa lata procesów, stres itd, a teraz odsetki w wysokości prawie 100% należności.
Biorę to na karb braku doświadczenia w dobieraniu współpracowników.
Zamykam ten rozdział. Oby.

Uroczysta kolacja

Bodajże trzy lata temu, w sierpniu, po podpisaniu umowy z firmą wykonawczą poszliśmy z mężem na uroczystą kolację do chyba najdroższej restauracji włoskiej w mieście. Dom miał być gotowy w trzy miesiące. Mieliśmy tam zamieszkać, szczęśliwi, z dala od miasta, z własnym ogromnym ogrodem i grządkami z pomidorami, ogórkami itd.
Reasumując tamto wydarzenie, już absolutnie archiwalne, jedzenie było do kitu, firma dom budowała prawie 2 lata, a my w domu, który skończyliśmy systemem gospodarczym nigdy nie zamieszkaliśmy.
Dziś kolację robię sama. Zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie!

niedziela, 2 października 2011

Wczorajszy wkurw

Wczorajszy wkurw minął.
Dopomogła endorfina wydzielona po porannej przejażdżce rowerem, która pomimo tego, że skończyła się uszkodzeniem mężowi tylnich przerzutek na skutek gwałtownego hamowania i wpakowania mu się w cztery litery (i w wersji polskiej i włoskiej), to jednak była szalenie udana. Primo - bo okazało się, że kolejne lokum, które mamy na celowniku wcale nie jest tak daleko od miasta, jak myśleliśmy. Secondo - piękne widoki, wspaniała przedpołudniowo-rzeźka temperatura to dokładnie to co lubię.
Jutro oglądamy wszystko na żywca. Oboje mamy przeczucie, że to to. Zobaczymy.
Gdzieś w końcu musi być ten nasz dom...

Mąż

Zadowolony mąż to połowa drogi do sukcesu.

sobota, 1 października 2011

Ogólny wkurw

Dziś jest ogólny wkurw.
Że nie pracuję, że nie zarabiam, że tylko dom i dzieci i tak w kółko macieju.
Że w Polsce byłam kimś, coś robiłam, tworzyłam, grałam, śpiewałam, zarabiałam.
To pewnie po tej dzisiejszej lekcji, na której byłam jako obserwator.
Robią to, co ja, prawie....
Nic to. Trzeba przeczekać. Przejdzie. Samo. Taką mam nadzieję.