sobota, 23 września 2017

Wakacyjnie

23 czerwca.
Koniec roku.
Zimnawo, deszczowo, trochę jak dziś.
Zakończenie tu, zakończenie tam.
Po zakończeniu w szkole podstawowej
w wąskim gronie zjawiliśmy się na dywaniku u pani dyrektor
pomącić jeszcze trochę w kwestii dwujęzyczności,
której w naszym odczuciu szkoła systemowonie nie realizuje,
a za którą systemowo płacę niemałą kasę.
Taki wesoły akcent.
Co roku inne kwiatki.
W zeszłym roku polne, zbierane o świcie,
w tym roku na papierze, w formie proponowanego aneksu.
W wyniku zaistniałej awantury, tak podniosło mi się ciśnienie,
że wyszłam z auta i zostawiłam na pół dnia pod domem
otwarte na oścież drzwi.
Zamknął je mąż, po powrocie.
Musiał też przeparkować zaparkowane po przekątnej auto.
Do tego o 11.00 punkt ciocia wjeżdżała na salę.
Gdzieś daleko, w Lublinie.
Mastektomia.
Taki symboliczny dzień.
Że coś się kończy, ale nie na zawsze. Jednak.
Dzwoniłyśmy do siebie z mamą, na przemian.
Pocieszałyśmy się.
Upewniałyśmy wzajemnie, że to dobrze, że to nieistotne,
że ważne, że doczekała pomimo tragicznych przejść w ostatnich miesiącach,
gdy brała chemię.
Potem chwilowa ulga.
Wybudzenie.
Jest. Ok. Wyjechała.
Że już niby bez raka.
Mamo, rozumiesz?
Nie ma go!
Nie płacz.
Przestań, teraz myśl o jutrzejszym wyjeździe.
Razem, tydzień, w Egerze.
Wino, śpiew i termy.
Reset.
Zobacz, to nawet dobrze, że ten zabieg  wypadł właśnie dziś.
Będzie w szpitalu, pod opieką specjalistów.
A Ty odpoczniesz. Naładujesz akumulatory.
Są przecież przy niej pozostali.
Idź się pakuj.....

Potem już tradycyjnie restauracja-celebracja.
Lody.
I wieczorne szybkie pakowanie.

24 czerwca wyjechałam na Węgry, na moje wakacje.
Wróciłam 30 sierpnia, lekko spóźnionym lotem z upalnego Neapolu.
To było 9 tygodni zaplanowane logistycznie od deski do deski.
9 tygodni, które spędziłąm non stop z moimi dziewczynami.

Najpierw tydzień na Węgrzech.
Z rodzicami.
Z delikatnym, pooperacyjnym napięciem w tle.
Ale termy, piękna pogoda i wino za 4 złote na głównym rynku, przy stoliczku
z cygańską muzykąna na żywo zrobiły swoje.
Powrót w sobotę.

W niedzielę rano, już tylko nasza czwórka
wyjechała na tygodniowy festiwal tańca do Lądka Zdroju.
Zeszłoroczny Dancing Poznań w wersji solo zamieniłam na wersję bardziej rodzinną.
Każdy miał swojete techniki. Młodsza balet, Starsza Jackson style i modern dance,
ja choreoterapię, latino dance show i street jazz, a mąż flamenco.
On tam już nie wróci. Zapowiedział.
Ale one łyknęły bakcyla.

Powrót w niedzielę.
W poniedziałek, ja i one wyruszyłyśmy na wieś.
Na 5, słownie pięć dni.
Zobaczyć, uściskać.
Wieś z odwiedzinami w szpitalu w tle.
Ciocia lepiej.

W sobotę wyjazd nad morze z noclegiem w Toruniu u rodziny.
Zachwycająco. Magicznie i ciepło.
Czysto, sterylnie, a jednak z delikatnym artystycznym nieładem.

Niedzielna pobudka i drugi etap podróży nad morze z przystankiem obiadowym
u rodziny na Kaszubach. Szwajcaria Kaszubska mnie zachwyciła.
Jechałam jak w kinie 5d. Wymachiwałam rękami na lewo i prawo.
Patrzcie jezioro! Zobaczcie czapla! Boże jak tu pięknie.
Już pod sam wieczór, kilka chwil przed Jarosławcem - olśnienie.
Swołowo. Kraina w kratę. Wieś jak z angielskiej bajki.
Zatrzymałam auto i wyszłam, żeby stanąć na żywo na kocich łbach.

Wieczorem nareszcie morze.
Trzy tygodnie w drewnianym domku z werandą, w pięknym sosnowym lesie,
przy wydmie. Trzy tygodnie prowadzenia porannych i wieczornych zajęć taneczno-ruchowych.
Tak jak chcę, jak czuję, do muzyki jaką lubię.
Trzy tygodnie. Tak jak sobie zamarzyłam kilka lat temu.
Przeprowadzić się na chwilę nad morze.

Po trzech tygodniach sobotni, 10-godzinny powrót,
a w niedzielę wylot do Włoch.
Na miesiąc.
Dwa tygodnie w Subappennino Dauno z teściami.
Malutki domek, bieganie, granie w karty i jedzenie.
Codziennie huczne kolacje z sąsiadami.
Własne figi, winogrona, pomidory.
Świeża mozzarella, stracciatella, szynki, taralli i inne.
Potem tydzień nad morzem.
Z mężem, który doleciał i z parą przyjaciół.
Vieste.
Tym razem agroturystyka przyjaciela, od którego kupujemy olej.
W gaju oliwnym, jakieś 7 km od morza.
Na koniec kilka dni w mieście,
na odchodne.

Po powrocie
przez dwa tygodnie nie umiałam dojść do siebie...



niedziela, 10 września 2017

Eccomi qua

Melduję, że jestem wciąż.
Choć nikt już tu pewnie nie zagląda, bo i po co.
Jestem i zbieram myśli.
Jak tylko rutyna wejdzie mi na dobre w krew,
opiszę....

sobota, 17 czerwca 2017

10 lat








































Ostro kładę łapę na smatfona, tableta i telewizor.
Mamy sporo niepisanych zasad.
Ja staram się ich przestrzegać.
One często protestują.
Muszę przyznać jednak, że niektóre zabawy są nawet fajne...

środa, 14 czerwca 2017

W przerwie

Najpierw chciałam odruchowo już krzyknąć,
że co Ty robisz na przerwie
i czemu nie powtarzasz a razy ha na dwa do sprawdzianu.
Ona nieśmiało
wyciągnęła go z zabałaganionej szafki.
Nie umiałam ukryć wzruszenia....




sobota, 10 czerwca 2017

Greentopia

Powoli dobijam do corocznego brzegu.
Łubin już prawie przekwitł.
Malwy ścigają się jak na jakimś biegu charytatywnym.
Kosmos wystrzelił w kosmos.
Lawenda wystrzeli fioltem już niebawem.
Piwonia rozwija się bardzo intymnie i powoli.
Ale czekam na jej pudrowy róż.
Oj czekam.
Gipsówka jak zwykle przyprószy mi większość przestrzeni
przeznaczonej na kwietnik.
Ale tak miało być.
Uwielbiam tę letnią mgiełkę.
Słoneczniki narazie stoją poniżej przeciętnej.
Maciejka da o sobie na pewno znać
niedługo powalającym zapachem dzieciństwa na wsi.
Siewki pomidorków nie potrafią się zdecydować,
czy mają przejść w fazę sadzonek,
czy pozostać siewkami.
Borówki i porzeczki za to eksplodowały ilością owoców.
Sałaty nie przeżyły ulewy,
a te na werandzie same nie wiedzą czym są.
Jedno wino jak opętane kombinuje, którą drogą by tu iść,
drugie postanowiło zostać krzakiem,
trzecie się kompletnie zawstydziło,
a czwarte udaje, że go nie ma, ale jest.
A cały ten roślinogród
mieści się
na jednym podmiejskim arze mojego
zielonego szczęścia.